Inez Krupińska

ur. 16 grudnia 1968 r.;

1987-1993 – studia na Wydziale Grafiki Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, ukończone z wyróżnieniem;

1993 – dyplom w Pracowni Ilustracji Książkowej prof. Janusza Stannego;

1994 –nagroda Ministra Kultury i Sztuki oraz warszawskiej ASP na Ogólnopolskiej Wystawie Prac Dyplomowych Studentów Uczelni Plastycznych;

2001 – I Nagroda w kategorii rzeźby w Ogónopolskim Konkursie Art-Dea „Angel”.


Działalność artystycza w zakresie:

tkaniny unikatowej

rzeźby

scenografii tetralnej, kostiumów, projektów lalek

aranżacji wnętrz (lustra, meble)

grafiki książkowej, ilustracji

Struktury


Na wystawie Inez – Krupińskiej najbardziej zaskakują meble. Łączą – dzięki niesamowitej wizji artystki - dwa światy: nowoczesnego dizajnu, który reprezentuje pleksi i świat natury, rudymentarny, ale wieloznaczny, basniowy, mityczny, który zakodowany jest w pniach drzew, surowych, jakby nietkniętych ludzką ręką...

Pnie drzew przywołują liczne skojarzenia. Wnoszą tajemnicę, która pozostała w ich wydrążonych wnętrzach. Wszak te wnętrza były kryjówką elfów, chochlików, krasnali, ale również mitologicznych bogów, dobrych i złych duchów.  Jakże przypominają ludzką egzystencję.

Te zniszczone, zniekształcone, martwe pnie fascynują swoją strukturą.

Inez zatytułowała swoją wystawę Struktury. Tym samym zasugerowała widzowi jedynie formalny, moim zdanie nie najważniejszy, aspekt przedstawionych dzieł.

Szare płótna Jej obrazów są oczywiście strukturalne, ale przecież nie tylko...

Jej cięcia, nie są zabiegami estetycznymi, eksperymentami formalnymi jak u Lucio Fontany. Jej włókniste struktury są jak żywe organizmy. Myślę, że dlatego Inez wybrała sobie płótna najbardziej naturalne, jeszcze oddychające przeszłością swojego poprzedniego bytu..

Magdalena Abakanowicz poszła dalej. Z tej samej materii stworzyła skórę swoich licznych postaci, ukazując blizny zszyć, rozpad, transformację: to nitka buduje wszystkie żywe organizmy – pisała – rośliny, tkankę liści i nas samych, nasze nerwy, kod genetyczny, nasze przewody żylne, nasze mięśnie. Jesteśmy strukturami włóknistymi.

Inez myśli podobnie ale jeszcze (mam nadzieję) nie powiedziała ostatniego słowa.

Z szarymi płótnami ostro kontrastują gwasze namalowane na zagruntowanych, ostentacyjnie białych ekranach. Nieprzypadkowo używam nazwy ekrany. Robią one bowiem wrażenie ekranów, na których pojawiają się tajemnicze cienie jak z platońskiej jaskini lub leonardowskich imaginacji. Niektóre ekranowe formy przybierają kształty geometryczne. Na jednym z nagła pojawia się czerwień. Niezwykle malarski efekt! Kto widział w Musée d´Orsay Pogrzeb w Ornans Courbeta, gdzie wśród szarości nagle na gorsie jednego z żałobników pojawia się plama jaskrawej czerwieni, zrozumie wartość tego efektu.

Inez poprzez gwasz osiągnęła to, co Duchamp wykonał fotograficznie (Cienie Readymade).

Przywołanie cienia, tego prapoczątku malarstwa, pokazuje jak finezyjnie prowadzi Inez dialog ze sztuką. Gra znaczeniami, symbolami, formą i oczywiście strukturami.

Inez graj tak dalej!

                                                                                     Andrzej Matynia


Bliżej ilustracji czy teatru?

Różnie to ze studiami bywa, dla jednych to udręka i wypatrywanie końca, inni już wtedy łapią wiatr w żagle i dokonują prawdziwego, artystycznego startu. Inez nie tylko stawała się artystką projektując i realizując dyplom, ale też – nie zdając sobie nawet sprawy - tworzyła ikonę własnego wizerunku obowiązującą przez wiele późniejszych lat. Czy takie logo oznacza oczywisty i intratny sukces, czy też realne obciążenie? Jak to jest naprawdę, wie tylko ona. Dla tych, dla których tworzy dzisiaj swe stworki, nadal jest matką od Aniołów, a dla tych, którzy poznali ją osobiście - odważną stylowo, zalotną, diaboliczną anielicą. Nawet, jeśli w tych określeniach jest trochę przesady, to tylko tyle, by zasygnalizować swoistą zbieżność charakterystycznej sylwetki Inez z jej fantazyjnymi bohaterami z tkaniny. Wyrazistość takiej analogii dostrzegłem dopiero w parę lat po efektownym dyplomie Inez, gdy poznałem autorkę przy okazji wystawy jej prac w Teście. To było dosyć zaskakujące doznanie, nie tak bowiem wyobrażałem sobie czarodziejkę z błękitnego wówczas ogrodu pełnego unoszących się skrzydlatych istotek. Inez nie była ich zdystansowaną kreatorką, wydawała się raczej osobą z tej samej bajki. Dopiero, gdy nasza znajomość dojrzała do licznych spotkań i rozmów, wreszcie do odwiedzin w jej mieszkaniu-pracowni, dopiero wtedy zrozumiałem czym obecnie jest ów czarodziejski ogród. Intensywność mego kolejnego doznania trudno zrelacjonować bowiem poczułem się jak Guliwer otoczony nierzeczywistym choć rozpoznawalnym w każdym calu światem urodziwych duszków. Odurza zarówno ich materialność, zaskakujące wykorzystanie znanych skądinąd, nieefektownych w poprzednim ich życiu tkanin, jak również baśniowy nastrój. Inez tworząc swoje stworki, niejako na nowo pisze znane opowieści, albo układa zupełnie nowe. Można nawet uznać, że jest rozrzutna w fantazjowaniu, swobodnie przechodzi od człekokształtnych do owadów, ślimaków i muszli. I w każdym przypadku ujawnia się jej perfekcyjność w rzemiośle i w poetyckim odrealnieniu. Treść i narracja schodzą na dalszy plan, a jakość plastycznej wizji Inez wyznacza nastrój ukazywanego świata bez najmniejszych przeszkód trafiający do widza w każdym wieku i z każdym bagażem artystycznych doświadczeń i upodobań. Osobowości Inez ożywia i uwiarygodnia istnienie takiego świata. Sceneria jej mieszkania-pracowni przypomina już nie ogród lecz raczej angielski park pełny romantycznych zaułków, mrocznych zakamarków, w których aż się roi od baśniowych mieszkańców. Wprawdzie w mojej wyobraźni dominuje wciąż obraz polatujących nad ziemią Aniołów, za to w zaułkach wyobraźni Inez pojawia się coraz więcej najrozmaitszych żuczków, muszek i innych skrzydlatych stworzeń wypełniających swym tkaninowo-rysunkowym upostaciowaniem niezagospodarowane jak się wydaje do tej pory rejony baśniowej krainy pań Krupińskich. Inez zda się przy tym wyciągać ręce w stronę teatralnej sceny pragnąc się zmierzyć z inną przestrzenią, z innymi zadaniami. Ale na tym najnowszym etapie jej ilustracyjnej przygody to tylko aspiracje i marzenia. Dobrze by zatem było aby widzowie najnowszego pokazu w Teście, podziwiając inwencję plastyczną Inez, zastanowili się choćby przez chwilę nad możliwymi sposobami zastosowania jej twórczości w naszym otoczeniu. Bo kto widział, by czarodziejskie ogrody demontować w kilka tygodni po ich zainstalowaniu.

Wojciech Krauze

Warszawa, maj 2008


Fragmenty recenzji ze spektaklu Tygryski


(…) Scenerię tworzą: drzewo oplecione przez liany i wielką pajęczynę, zarośla gęstych traw i zagon olbrzymich kwiatów. Na scenie dominuje soczysta zieleń. Zarówno elementy scenografii, jak i lalki są gałgankowym majstersztykiem pracowni teatru. Wielkie owady zamieszkujące busz są prawie naturalistyczne, nie mają w sobie jednak nic niepokojącego. Choć wykonane ze szmatek, przywodzą raczej na myśl dekoracyjną ważkę z obrazu Mehoffera albo kunsztowne secesyjne broszki. Z wypiekami a twarzy oczekuje się pojawienia kolejnego żuka czy motyl.

Magdalena Foks, Z dzieckiem przez dżunglę, „Teatr”, 3/2009


(…) Scenografia oszczędna (pięknię gra kolorem) wywołuje moc wrażeń. Lalki przekłuwają uwagę i z pewnością zachwycą, choć niektóre z nich „słodkie nie są”.

Kamila Waleszkiewicz, Tygryski w warszawskim Teatrze Lalka, MiastoDzieci.pl


(…) Już pierwsza scena zapowiada prymat plastyki, operującej nasyconymi kolorami, mocnymi kontrastami, tkaninową scenografią Inez Krupińskiej. A jest to scenografia wyjątkowa – nie tylko z powodu swej baśniowej malarskości, estetycznego wysmakowania, ale dzięki niejednoznaczności, która pozwala do dzieci mówić wizualnym skrótem czy metaforą.

Dorota Kowalkowska, Gdzie jest mój tygrys, Nowa Siła Krytyczna


(…) Niepowtarzalny plastyczny kształt nadała teatralnej przestrzeni Inez Krupińska. To jej zasługą jest metamorfoza, jakiej na czas przedstawienia, ulega hol teatru.

Graficznie rozegrana - w pasach i kołach - czerń i biel, przenika z części przeznaczonej dla widowni (krzesła dla dorosłych, poduchy dla dzieci) w obszar umownej sceny. Tam króluje wielka i, jak się wkrótce okazuje, wielofunkcyjna szafa. I tam też w pewnej chwili wybucha feeria barw i kształtów miękkiego, przytulankowego ogrodu. Obok kwiatów, mrówek czy biedronki pojawia się w niej ogromny motyl, wielka, ale sympatyczna pajęczyca, a także zmieniające proporcje tygryski - raz malutkie, innym razem całkiem spore.

Scenograficzna koncepcja, znakomicie wykorzystana do teatralnych “czarów” przez reżyserkę i trójkę perfekcyjnie zgranych aktorów, to największy walor przedstawienia. Fabularnie prostego i przyjaznego, nawet dla najbardziej nieśmiałego dziecka. Nic dziwnego, że w dniach przedsprzedaży kasy teatru Lalka przeżywają oblężenie. Joanna Rogacka, kierownik artystyczny teatru, zapowiada kolejne tego typu realizacje.

Jolanta Gajda-Zadworna, Widownia w pampersach, Rzeczpospolita, 10-11/01/2009


(…) Tygryski otwarte są na wielopoziomową grę z wyobraźnią dziecięcą – nie tylko czynią z niej materiał konstruujący spektakl, ale również uruchamiają ją u widzów, także tych dorosłych. Scenografia czarno-białych deseni – szachownica poduszek, skrpet i szaf, pasiastość ścian o garnituru Taty, kropkowatość sukienki Mamy, następnie roztacza się przed nim soczystość zieleni i niezwykłość ogrodu. Scenografia zrobiona została z ogromnym pietyzmem (kierownikiem pracowni lalkarskiej jest Małgorzata Drązikowska), kwiaty, drzewo i trawa to rzeźby z kolorowych płócień.

(…) Tygryski są spektaklem o świetnym poziomie artystycznym, dzieci mają szansę na spotkanie ze sztuką w jej najlepszym wydaniu.

(…) Poprzeczka w dziedzinie teatru dla najmłodszych widzów została podniesiona bardzo wysoko. Można mieć nadzieję, że inne teatry potraktują tę premierę jako wyzwanie. Okazuje się bowiem, że ani adaptacja przetrzeni, ani brak widzów (sprzedane bilety na wszystkie spektakle aż do lutego), nie stanowią tutaj problemu. Trzeba tylko rozbrykać trochę zachowawcze myślenie repertuarowe. Czekam na ciąg dalszy tej rewolucji.

Alicja Rubczak, Rozbrykana rewolucja, www.culture.pl


(…) Scenografia – dzieło Inez Krupińskiej – z tych najbrdziej miękkich i przyjaznych, a jednocześnie finezyjna i na najwyższym artystycznym poziomie.

Beata Kęczkowska, Te fonomenalne Tygryski, Gazeta Wyborcza, 2/03/2009